Bogatą przeszłość od świetlanej przyszłości dzieli, jak często bywa, przaśna teraźniejszość. Muzeum Ziemi Makowskiej i Garnizonu Różan, które może poszczycić się nie tylko ciekawymi zbiorami, ale też dużą dawką społecznego poparcia, ma kłopoty z obietnicami samorządowców. I tym samym przeszkody w uzyskaniu chronologicznej ciągłości, kiedy to historia regionu gładko winna przejść w pamięć o niej.
Czas każdego muzeum, jeśli już jesteśmy przy czasie, mierzy się dwoma chronometrami. Pierwszy datuje obiekty, przedmioty i wszelkie muzealia, jakie tworzą jego poglądowy arsenał. Drugi z kolei rozpoczyna swą mierniczą pracę wraz z inicjatywą. W obydwu przypadkach osie czasu tworzą gęstą od dat strukturę.
Muzeum nie powstaje samo. To, o którym mowa, swą siłę istnienia zawdzięcza grupce pasjonatów. Wiele miejsc w Polsce może poszczycić się działaniami lokalnych zapaleńców, miłośników partykularnej historii, wpisujących ją w szerszy kontekst kulturowy. O prawie równie wielu nie dowiadujemy się nigdy, jako że nie goszczą na łamach ogólnopolskiej prasy i nie są odpytywani przez tok-showych specjalistów w primie-timie.
W Różanie nad Narwią było podobnie. Nauczyciel fascynat z pomocą sobie podobnych gromadził bogactwa makowskiej ziemi i pokazywał w okolicznych miejscowościach, edukował w szkołach młodzież na temat historii lokalnej. Grupa poszerzała horyzonty kulturowe i budowała zręby lokalnego patriotyzmu – jakkolwiek brzmiałoby to górnolotnie, pewnej dawki patosu z działań muzealnych nie da się wyrugować. I dobrze.
Prowizorka musi mieć jednak swój koniec a muzeum siedzibę. Wystawy objazdowe, nawet jeśli zyskują sobie ponadlokalne uznanie (II miejsce w konkursie „Mazowieckie Zdarzenia Muzealne – Wierzba”), nie mogą stanowić clou działalności. Narracja historyczna musi opierać się na magazynach i operować bazą. Do takich celów nadaje się szczególnie budynek, który sam w sobie pełni funkcję uwierzytelniającą lokalną opowieść o dziejach, mianowicie jeden z carskich fortów, który ma status zabytku. Pasuje jak ulał. Ale nie wszystkim. I nie w każdym miejscu i nie o każdej porze.
Sam budynek został wydzierżawiony z myślą o takim przeznaczeniu i restaurowany jako unikalny obiekt fortyfikacyjny z początku XX wieku. Na stronie muzeum można przeczytać, że prace przywracające siedzibie pierwotny stan zostały, jak dotąd, zrealizowane w około 30 procentach. Co warto podkreślić, działania restauracyjne mają charakter holistyczny i nie potykają się o własne ambicje. „Stan zachowania Fortu I, zebrana wiedza o jego pierwotnym wyglądzie oraz zgromadzone oryginalne i odtworzone według wzorów z epoki elementy wyposażenia gwarantują, że po pełnej rewitalizacji będzie jednym z ciekawszych zabytków rosyjskiej fortyfikacji w Województwie Mazowieckim” – czytamy.
A zatem nie tylko historia regionu jest tutaj wartością prymarną. Idzie również o kwestie turystyczne – dobrze zagospodarowany obiekt może przynieść gminie dochody, stworzyć nowe miejsca pracy czy, last but not least, podbudować tożsamość mieszkańców. Odnowiony Fort, przy zachowaniu z taką pieczołowitością detali swego pierwotnego, wojskowego wyposażenia z atrakcyjną wystawą muzealiów jako bonusem, może stać się wabikiem dla podróżników i włóczęgów szukających smaczków poplątanej historii Mazowsza, atrakcją dydaktyczną i miejscem do organizacji żywej lekcji historii.
W koszarach fortu planowana jest, na przykład, sala multimedialna, która z pewnością zapewni atrakcje bardziej przyjazne młodemu człowiekowi niż szuranie muzealnymi kapciami. Inne inwestycje zapowiadają się (bądź częściowo już się zapowiedziały) równie imponująco.
Planowane jest zagospodarowanie pomieszczenia studni fortecznej, w której będzie można zobaczyć wszystko to, co znaleźli w niej poszukiwacze dawnej świetności fortu. Zobaczyć będzie można elementy wyposażenia fortyfikacyjnego, zarówno garnizonu rosyjskiego, niegdyś tam stacjonującego, jak i te z międzywojnia z historyczną sygnaturą II Rzeczypospolitej. Dalszą część militarnej historii obiektu reprezentować będą odnowione schrony z 1939 roku umieszczone na koronie Fortu I. W obszernych Koszarach znajdzie się miejsce dla wraków samolotów z czasów II Wojny Światowej, sprzęt i osprzęt artyleryjski z okresu obydwu wojen XX wieku, a także na muzealia dokumentujące historię regionalną. Zbiory etnograficzne i „zabytki” techniki rolniczej wystawione będą w osobnym miejscu – pod wiatą w fosie. Jak widać, pomyślano o wszystkim.
A nawet o czymś więcej. Świetlana przyszłość bowiem nie rysuje się wcale mgliście, jak często się zdarza. W tym przypadku są już konkretne plany fetowania gotowości obiektu muzealnego do pełnej eksploracji. Planowana jest na ten czas wystawa na poły historyczna, na poły sentymentalna (co również świadczy o ambicjach muzeum, nastawionego na „inną” narrację historyczną) dotycząca zestrzelonego w 1944 roku nad Makowem Mazowieckim radzieckiego lotnika. Zachowały się dokumenty pilota, listy od bliskich jego sercu kobiet – matki i dziewczyny. Wszystkie one, z racji narodowości żołnierza sił powietrznych spisane w języku ukraińskim, rozpocząć mogą nowy rozdział w historii muzealnictwa w Makowie. Są jednak pewne warunki. I tu wchodzi na arenę przewiązana pr-owską wstęgą polityka samorządowa.
Władze samorządowe, które obiecały publicznie swą pomoc w ugruntowaniu pozycji muzeum w Forcie I, teraz zdają się zapominać o swych obietnicach. Nie jest to wszak sytuacja wyjątkowa, tyle, że w tym wypadku, czas płynący poza sferą decyzyjną jest czasem niepowetowanej straty dla zaangażowanych muzealników. Po dziesięciu latach dzierżawienia obiektu, samorząd wycofuje się ze zobowiązania o wydzierżawieniu wieczystym Fortu dla celów muzeów. Więcej: ma chrapkę na przekształcenie obiektu w gmach podległy samorządowi, niwecząc tym samym starania osób autentycznie zainteresowanych losem makowskiego muzeum.
W jednym z nielicznych artykułów, jakie znaleźć można w lokalnej prasie (kultura, jak zazwyczaj, również w periodykach z terenu bywa spychana poza nawias zainteresowań) padają liczby, które mogą świadczyć o prawach do użytkowania Fortu. Decyduje więc twarda matematyka, a nie sentyment czy nawet poczucie przyzwoitości. Autor, sam doświadczony historyk wylicza, że ochotnicy przepracowali na rzecz muzeum około 4,5 godzin a gruz i śmieci, jakie musieli z niego usunąć to ciężar równy 33 dorosłym słoniom, czyli ważący około 200 ton (R. Wit-Wyrostkiewicz, PSL-u „dbanie o zabytki, „Nasza Polska” nr 6(796) z 8 lutego 2011 r.; porównanie moje – k3). Jak można domniemywać ani słonie w tak pokaźnej liczbie, ani tym bardziej makowskie śmieci nie mają zdolności do teleportacji. A zatem nie te ręce chcą zarządzać obiektem, które go sobie wcześniej do eksploatacji przygotowały. Zawodzi tedy i myślenie matematyczne samorządowców, i logiczne.
Rzecz nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona, choć niedługo mija termin, w jakim kwestia wieczystej dzierżawy miała zostać załatwiona. Trwa walka podjazdowa. Niektórzy członkowie Rady Programowej Muzeum, działającej od 2009 roku, nie byli lojalni – Rada została rozwiązana na mocy decyzji Dyrektora.
Środowisko decydenckie ma wielki kłopot, jak wybrnąć z całego zamieszania nie tylko z Fortem na własne usługi, ale też z twarzą. Z pewnością samorządowcom sprzyja fakt, że o kulturze jest zbyt cicho, a i odległość wyborów wydaje się być znacząca.
Pewne jest tylko to, że jeśli komuś zależy na zdyskredytowaniu działań „prawdziwych” użytkowników Fortu i dotychczasowej ich działalności, to może im się to udać. Niejeden już raz historia przegrała z polityką. W tej walce stawką jednak nie jest tylko Muzeum, ale, może nawet przede wszystkim, prawodawstwo dotyczące użytkowania obiektów tego typu. Wydaje się oczywiste, że dotychczasowe działania uwierzytelniają prawa pasjonatów do budynku i powinna istnieć odpowiednia regulacja legislacyjna. Jeśli zaś nie prawo, to dobre obyczaje. Nie można bowiem zarabiać na cudzym zaangażowaniu i ambicjach.
Czas każdego muzeum, jeśli już jesteśmy przy czasie, mierzy się dwoma chronometrami. Pierwszy datuje obiekty, przedmioty i wszelkie muzealia, jakie tworzą jego poglądowy arsenał. Drugi z kolei rozpoczyna swą mierniczą pracę wraz z inicjatywą. W obydwu przypadkach osie czasu tworzą gęstą od dat strukturę.
Muzeum nie powstaje samo. To, o którym mowa, swą siłę istnienia zawdzięcza grupce pasjonatów. Wiele miejsc w Polsce może poszczycić się działaniami lokalnych zapaleńców, miłośników partykularnej historii, wpisujących ją w szerszy kontekst kulturowy. O prawie równie wielu nie dowiadujemy się nigdy, jako że nie goszczą na łamach ogólnopolskiej prasy i nie są odpytywani przez tok-showych specjalistów w primie-timie.
W Różanie nad Narwią było podobnie. Nauczyciel fascynat z pomocą sobie podobnych gromadził bogactwa makowskiej ziemi i pokazywał w okolicznych miejscowościach, edukował w szkołach młodzież na temat historii lokalnej. Grupa poszerzała horyzonty kulturowe i budowała zręby lokalnego patriotyzmu – jakkolwiek brzmiałoby to górnolotnie, pewnej dawki patosu z działań muzealnych nie da się wyrugować. I dobrze.
Historia Fortu, historia w Forcie
Prowizorka musi mieć jednak swój koniec a muzeum siedzibę. Wystawy objazdowe, nawet jeśli zyskują sobie ponadlokalne uznanie (II miejsce w konkursie „Mazowieckie Zdarzenia Muzealne – Wierzba”), nie mogą stanowić clou działalności. Narracja historyczna musi opierać się na magazynach i operować bazą. Do takich celów nadaje się szczególnie budynek, który sam w sobie pełni funkcję uwierzytelniającą lokalną opowieść o dziejach, mianowicie jeden z carskich fortów, który ma status zabytku. Pasuje jak ulał. Ale nie wszystkim. I nie w każdym miejscu i nie o każdej porze.
Sam budynek został wydzierżawiony z myślą o takim przeznaczeniu i restaurowany jako unikalny obiekt fortyfikacyjny z początku XX wieku. Na stronie muzeum można przeczytać, że prace przywracające siedzibie pierwotny stan zostały, jak dotąd, zrealizowane w około 30 procentach. Co warto podkreślić, działania restauracyjne mają charakter holistyczny i nie potykają się o własne ambicje. „Stan zachowania Fortu I, zebrana wiedza o jego pierwotnym wyglądzie oraz zgromadzone oryginalne i odtworzone według wzorów z epoki elementy wyposażenia gwarantują, że po pełnej rewitalizacji będzie jednym z ciekawszych zabytków rosyjskiej fortyfikacji w Województwie Mazowieckim” – czytamy.
Dla kogo atrakcje? Dla kogo korzyści?
A zatem nie tylko historia regionu jest tutaj wartością prymarną. Idzie również o kwestie turystyczne – dobrze zagospodarowany obiekt może przynieść gminie dochody, stworzyć nowe miejsca pracy czy, last but not least, podbudować tożsamość mieszkańców. Odnowiony Fort, przy zachowaniu z taką pieczołowitością detali swego pierwotnego, wojskowego wyposażenia z atrakcyjną wystawą muzealiów jako bonusem, może stać się wabikiem dla podróżników i włóczęgów szukających smaczków poplątanej historii Mazowsza, atrakcją dydaktyczną i miejscem do organizacji żywej lekcji historii.
W koszarach fortu planowana jest, na przykład, sala multimedialna, która z pewnością zapewni atrakcje bardziej przyjazne młodemu człowiekowi niż szuranie muzealnymi kapciami. Inne inwestycje zapowiadają się (bądź częściowo już się zapowiedziały) równie imponująco.
Planowane jest zagospodarowanie pomieszczenia studni fortecznej, w której będzie można zobaczyć wszystko to, co znaleźli w niej poszukiwacze dawnej świetności fortu. Zobaczyć będzie można elementy wyposażenia fortyfikacyjnego, zarówno garnizonu rosyjskiego, niegdyś tam stacjonującego, jak i te z międzywojnia z historyczną sygnaturą II Rzeczypospolitej. Dalszą część militarnej historii obiektu reprezentować będą odnowione schrony z 1939 roku umieszczone na koronie Fortu I. W obszernych Koszarach znajdzie się miejsce dla wraków samolotów z czasów II Wojny Światowej, sprzęt i osprzęt artyleryjski z okresu obydwu wojen XX wieku, a także na muzealia dokumentujące historię regionalną. Zbiory etnograficzne i „zabytki” techniki rolniczej wystawione będą w osobnym miejscu – pod wiatą w fosie. Jak widać, pomyślano o wszystkim.
A nawet o czymś więcej. Świetlana przyszłość bowiem nie rysuje się wcale mgliście, jak często się zdarza. W tym przypadku są już konkretne plany fetowania gotowości obiektu muzealnego do pełnej eksploracji. Planowana jest na ten czas wystawa na poły historyczna, na poły sentymentalna (co również świadczy o ambicjach muzeum, nastawionego na „inną” narrację historyczną) dotycząca zestrzelonego w 1944 roku nad Makowem Mazowieckim radzieckiego lotnika. Zachowały się dokumenty pilota, listy od bliskich jego sercu kobiet – matki i dziewczyny. Wszystkie one, z racji narodowości żołnierza sił powietrznych spisane w języku ukraińskim, rozpocząć mogą nowy rozdział w historii muzealnictwa w Makowie. Są jednak pewne warunki. I tu wchodzi na arenę przewiązana pr-owską wstęgą polityka samorządowa.
Ręce do pracy i ręce do władzy
Władze samorządowe, które obiecały publicznie swą pomoc w ugruntowaniu pozycji muzeum w Forcie I, teraz zdają się zapominać o swych obietnicach. Nie jest to wszak sytuacja wyjątkowa, tyle, że w tym wypadku, czas płynący poza sferą decyzyjną jest czasem niepowetowanej straty dla zaangażowanych muzealników. Po dziesięciu latach dzierżawienia obiektu, samorząd wycofuje się ze zobowiązania o wydzierżawieniu wieczystym Fortu dla celów muzeów. Więcej: ma chrapkę na przekształcenie obiektu w gmach podległy samorządowi, niwecząc tym samym starania osób autentycznie zainteresowanych losem makowskiego muzeum.
W jednym z nielicznych artykułów, jakie znaleźć można w lokalnej prasie (kultura, jak zazwyczaj, również w periodykach z terenu bywa spychana poza nawias zainteresowań) padają liczby, które mogą świadczyć o prawach do użytkowania Fortu. Decyduje więc twarda matematyka, a nie sentyment czy nawet poczucie przyzwoitości. Autor, sam doświadczony historyk wylicza, że ochotnicy przepracowali na rzecz muzeum około 4,5 godzin a gruz i śmieci, jakie musieli z niego usunąć to ciężar równy 33 dorosłym słoniom, czyli ważący około 200 ton (R. Wit-Wyrostkiewicz, PSL-u „dbanie o zabytki, „Nasza Polska” nr 6(796) z 8 lutego 2011 r.; porównanie moje – k3). Jak można domniemywać ani słonie w tak pokaźnej liczbie, ani tym bardziej makowskie śmieci nie mają zdolności do teleportacji. A zatem nie te ręce chcą zarządzać obiektem, które go sobie wcześniej do eksploatacji przygotowały. Zawodzi tedy i myślenie matematyczne samorządowców, i logiczne.
Rzecz nie jest jeszcze ostatecznie przesądzona, choć niedługo mija termin, w jakim kwestia wieczystej dzierżawy miała zostać załatwiona. Trwa walka podjazdowa. Niektórzy członkowie Rady Programowej Muzeum, działającej od 2009 roku, nie byli lojalni – Rada została rozwiązana na mocy decyzji Dyrektora.
Środowisko decydenckie ma wielki kłopot, jak wybrnąć z całego zamieszania nie tylko z Fortem na własne usługi, ale też z twarzą. Z pewnością samorządowcom sprzyja fakt, że o kulturze jest zbyt cicho, a i odległość wyborów wydaje się być znacząca.
* * *
Pewne jest tylko to, że jeśli komuś zależy na zdyskredytowaniu działań „prawdziwych” użytkowników Fortu i dotychczasowej ich działalności, to może im się to udać. Niejeden już raz historia przegrała z polityką. W tej walce stawką jednak nie jest tylko Muzeum, ale, może nawet przede wszystkim, prawodawstwo dotyczące użytkowania obiektów tego typu. Wydaje się oczywiste, że dotychczasowe działania uwierzytelniają prawa pasjonatów do budynku i powinna istnieć odpowiednia regulacja legislacyjna. Jeśli zaś nie prawo, to dobre obyczaje. Nie można bowiem zarabiać na cudzym zaangażowaniu i ambicjach.
k3
Tagi dla tego artykułu: powiat, makowski, Muzeum, Różan, problemy, władza










